Here we are now, entertain us.
W punkt.
Marta wyłączyła swoją ulubioną piosenkę, poprawiła szminkę i wzięła głęboki oddech. Rozmowa kwalifikacyjna opóźniała się, co jej nie służyło. Miała czas, by po raz kolejny zadać sobie pytanie co, u licha, tutaj robi. Może to umiłowanie ryzyka, a może sytuacji beznadziejnych. Może brawura, a może masochizm. Nie miała złudzeń, że dostanie tę pracę. Nie pasowała do tego miejsca, tych ludzi, tych idei w sposób zbyt ewidentny. A jednak... Chciała go znowu zobaczyć. Chciała sprawdzić, czy dalej potrafi mówić z taką pasją jak wtedy, gdy się nie zgadzali.
Kiedy wyczytano w końcu jej nazwisko, niemal się roześmiała. W granatowej sukience midi, białej marynarce i spiętych schludnie włosach czuła się jak karykatura samej siebie. Niebezpiecznie przypominała niewiele starszą od niej brunetkę, która prowadziła rekrutację.
- Dzień dobry, proszę usiąść. Ja nazywam się Zuzanna Wójcik i jestem kierownikiem biura prasowego.
Głos miała beznamiętny, podobnie jak wyraz twarzy. Przedstawiła jeszcze dwie kobiety uczestniczące w tym wątpliwym widowisku i Marta musiała ugryźć się w język, by nie wygłosić uwagi, że to zaskakująco wyraźna reprezentacja żeńska jak na partię o takim profilu.
Przez pierwszą część pytań przebrnęła bez problemu. Tak, skończyła dziennikarstwo ze specjalizacją public relations. Tak, ma doświadczenie w pracy w mediach. Tak, zetknęła się z polityką, choć tylko na poziomie lokalnym. Problem się zaczął przy prezentowaniu szczegółów. Jej rubryka w Rzeczpospolitej okazała się zbyt wywrotowa, a wkład w kampanię wyborczą centrolewicowego kandydata na prezydenta Radomia wręcz oburzający. O dziwo, przynależność do Młodych Demokratów w czasach studenckich nie poprawiła jej notowań.
- Czy pani w jakikolwiek sposób utożsamia się z prawicowymi poglądami? - zapytała rekruterka, nie ukrywając nawet ciężkiego westchnienia.
- Poniekąd - uśmiechnęła się Marta.
- To znaczy?
- Jestem patriotką. Fascynuje mnie historia naszego kraju. I mam otwarty umysł, a przez to, że poznałam od środka nurt liberalny i solidarnościowy, wiem już, czego nie chcę.
- Rozumiem, ale obawiam się, że to za mało. My potrzebujemy ludzi, którzy wierzą w to, co robimy, a nie tylko konstatują.
Uśmiech Marty odrobinę się poszerzył, bo było dokładnie tak, jak sądziła. Przebijanie betonu rzadko się udaje. Zaczęła wolno podnosić się z miejsca, myśląc już o drinku, którego wypije z przyjaciółką. Weźmie coś czerwonego, może negroni, jak na lewaczkę przystało.
I wtedy właśnie drzwi otworzyły się bez pukania, a ona wyczuła, kto w nich stoi, jeszcze zanim podniosła wzrok.
- Dzień dobry, jak idzie rekrutacja?
Krzysztof był dokładnie taki jak na szklanym ekranie. Perfekcyjny. Opanowany. Zimny. Ciemnoszary garnitur leżał na nim bez zarzutu, koszula jaśniejsza o kilka tonów z pewnością nie została dobrana przypadkowo. Nie wyglądał jak facet, z którym mogłaby się umówić na kawę. Nawet jej się nie podobał. A mimo to zadrżała.
- Nie idzie. Nie zmieściłam się w waszych ramach ideowych, panie pośle - odparła, choć przecież pytanie nie było kierowane do niej. Jakby rzucała mu wyzwanie. Jak kiedyś.
Spojrzał na nią krótko, badawczo.
- Toruń, Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej, trzy lata temu. Zgadza się?
Nie doceniła przeciwnika.
- Zgadza się. Nie sądziłam, że pan pamięta.
Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie, ale wystarczyło, by maska człowieka z żelaza na chwilę opadła mu z twarzy.
- Była pani najbardziej merytoryczną osobą na tej debacie. Świetnie przygotowaną, choć całkowicie w błędzie.
- I vice versa, panie pośle.
Na chwilę zapadła cisza. Marta mimowolnie wstrzymała oddech.
- Miesiąc próbny. Od jutra - powiedział Krzysztof już nie do niej, tylko do rekruterki.
A potem wyszedł bez pożegnania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz